Jeep’em po Islandii – początek wyprawy

Woda i ogień, dwa żywioły, które jak magnes przyciągają turystów do magicznej krainy, położonej wśród lodowców, gejzerów i wulkanów. Islandia… Surowy, ale niezwykle urzekający krajobraz kraju, dopełniają pola zastygłej lawy, spod których wystrzelają w górę fontanny gorącej wody i pary. Kto raz zasmakował tego kraju, zechce tu powrócić, a jeżeli jeszcze ktoś ma wątpliwości, niech wspomnienia z wyprawy, której partnerem jest Voyager, raz na zawsze rozwieją wszelkie wątpliwości. Miłej lektury.

Dzień 1
Podróżnik.:
Pierwszy dzień wyprawy za nami. Bez sensacji i przygód. Pokonaliśmy ponad 1000 km autostradami. W takiej jeździe pomaga zwłaszcza tempomat :). Jeep sprawuje się bez zarzutu. Dania przywitała nas pięknym zachodem słońca.

Kilka słów o programie wyjazdu. Jutro odpływamy na Islandię. Rejs trwa dwa dni. Poświęcimy je na ułożenie marszruty. Potem 14 dni na Islandii. W planach lodowiec, wodospady, pola i baseny geotermalne. Nie obędzie się bez wypadu w interior i pokonywania licznych brodów, bo na drogach nie ma mostów.

Dzień 2 
Podróżnik:
Dzisiaj do przejechania mieliśmy niewiele, bo tylko 50 km do Hirtshals, gdzie mieliśmy zaokrętować się na prom, płynący na Islandię. Na miejscu mieliśmy być najpóźniej o 10.00, tak więc pobudka już o 7.00. Szybkie śniadanie (duński chleb o dziwo jest nie najgorszy, a paprykarz szczeciński jeszcze lepszy :) , tankowanie w pobliskiej miejscowości i w trasę.

Okazało się, że droga była prosta i przebiegła bez problemów. W porcie byliśmy o czasie. Na miejscu przywitała nas prawdziwa kolekcja wszelkiej maści terenówek – zarówno samochodów, ciężarówek, jak i motocykli. Rejestracje z różnych zakątków Europy zdają się potwierdzać, iż Islandia jest mekką “terenowców”. Niektóre samochody były naprawdę imponujące. Wśród nich znalazł się także Jeep Wrangler – bardzo podobny do naszego, nawet kolor miał ten sam. Podróżowała nim rodzina z Niemiec. Poznaliśmy też rodaków, którzy na Islandię wybrali się wypożyczoną Toyotą RAV. 4. Przekreśla to raczej możliwość wjazdu w interior, pozostaje trzymać się okrążającej wyspę drogi nr 1. Nasz plan jest inny :)

Przy okazji przejrzeliśmy najnowsze komunikaty dotyczące przejezdności dróg – większość jest otwarta dla ruchu. To dobra wiadomość. Tak też wybieraliśmy termin wyprawy. Większość dróg terenowych jest dostępna począwszy od drugiej połowy lipca przez około miesiąc. Dowiedzieliśmy się też, że obudził się jeden z wulkanów co skutkowało niewielkim trzęsieniem ziemi i małą powodzią :). Po odstaniu swojego w kolejce wjechaliśmy w końcu na prom. Jeep mieści się w kategorii samochodów osobowych (nie przekracza 5 metrów długości i 1,9m wysokości), co ma znaczenie z uwagi na opłaty i miejsce na promie, w którym podróżuje. Skierowano nas na najwyższy pokład transportowy, skąd blisko do pokładów pasażerskich. Kolejna godzina czy dwie oczekiwania i prom wyruszył. Płyniemy. Płyniemy….Będzie to trwać dwa dni. Po drodze krótki przystanek na Wyspach Owczych (tylko na godzinę). Jest czas na to by opracować dokładnie trasę.

Dopływamy na Islandię. Prom kiwał umiarkowanie, choć nieustannie. Zycie na promie płynie leniwie w nieśpiesznym tempie. Można było się wyspać odrabiając zaległości i na zapas. Pogoda dopisała choć podczas krótkiego postoju na Wyspach Owczych pojawiła się mgła skutecznie przesłaniając widoki. Za to na morzu widoczność wspaniała. Zdjęcia wychodziły niezwykłe – piękne pocztówki z wakacji.

Jeep Wrangler na Islandii 

Pierwszy dzień na Islandii
Podróżnik:
Islandia przywitała nas nie najlepszą pogodą. Chmury skutecznie zasnuwały pobliskie szczyty. Udało się jedynie zauważyć, iż nawet na 100 – 200 metrów nad poziomem morza gdzie nie gdzie zalega śnieg. Na prom wjechaliśmy jako jedni z pierwszych tak więc na wyjazd musieliśmy swoje odczekać. Na szczęście ominęła nas kontrola celna i mogliśmy ruszyć do pobliskiego miasta. Droga biegła przełęczą między górami i szybko wjechaliśmy w chmurę. Widoczność spadała do 30 m a temperatura z 15 do 10 stopni. Aura była na tyle nieciekawa, że zastanawialiśmy się na zmianą planu wyjazdu tak by zacząć od niżej położonych części wyspy, bo wyjechać w interior i nic nie zobaczyć ….

Po godzinie okazało się jednak, iż prawdą jest, że pogoda bywa bardzo zmienna. Chmury zniknęły i pojawiło się słońce. Temperatura wzrosła, a chwilami osiągała nawet 17 stopi, co jak na warunki islandzkie jest dobrym rezultatem. Zapadła decyzja – trzymamy się pierwotnego planu i jedziemy w interior. Pierwszy przystanek: Hengifoss – 118 metrowy wodospad. Trzeba było opuścić samochody i trochę się przespacerować. Niby mało bo 3 km, ale ostro pod górę i zajęło to sporo czasu. Widoki jednak to wynagrodziły.

Po powrocie do samochodów i dalej w drogę. Dzisiejszy cel: camping koło Askja. Ok. 200 km szutrowymi drogami. Szybko zjechaliśmy z asfaltu na drogę oznaczoną jako przeznaczona tylko dla samochodów z napędem na 4 koła. Znaki wskazywały też, że na drodze będą brody. Ruszyliśmy.

Po paru kilometrach okazało się, że droga faktycznie jest niełatwa, pojawiły się też brody. Na szczęście niezbyt głębokie – w najgorszym momencie woda sięgała progu Jeepa. Widoki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Zaczęło się niewinnie – zwykłymi górskimi, skalistymi krajobrazami. Po pewnym czasie wjechaliśmy w okolice iście księżycowe. Podobno nawet w tych okolicach sprawdza się pojazdy lunarne.

Następnie wjechaliśmy w okolice zasypane popiołem wulkanicznym, by na koniec trafić na pola zastygłej lawy oraz łachy czarnego piasku. Widoki są tak malownicze, iż wystarczy skierować aparat w jakąkolwiek stronę i wychodzą wspaniałe zdjęcia. Po kilku godzinach osiągnęliśmy nasz dzisiejszy cel. Jutro wyprawa do zalanego krateru wulkanu i na pola świeżej lawy…….

 

Facebook Comments